Gazeta codzienna

Sztuka. Kultura. Nauka.

* * *
Merkuriusz Polski dzieje wszystkiego świata w sobie zamykający dla informacji pospolitej. Od 3 stycznia 1661.
środa, 14 Listopad, 2018 - 12:33

20 godzin temu byłem w lesie. W oko błysnął mi promień lasera z celownika. Na nosie zobaczyłem czerwone światło lasera ze sztucera.

czw., 25/01/2018 - 22:57
Kategoria: 

List do polityków

Drodzy Państwo,
20 godzin temu, w tą noc, byłem w lesie miejskim. Coś co miało być romantycznym spacerem w świetle księżyca do zabytkowego pomnika, skończyło się moją paniką. Oto- w oko błysnął mi promień czerwonego laseru z celownika jakiejś strzelby. Na swoim nosie i na twarzy dostrzegłem czerwone światło celownika. 

Wracaliśmy z wesela polsko-brazylijskiego na statku w pobliskim porcie. Noc była gwiaździsta. Jadąc drogą z portu rzecznego do miasta, szukaliśmy odpowiedniego pobocza by stanąć, bowiem dziś już rzadko można oglądać gwiaździste niebo. Wreszcie po licznych przymiarkach do postoju wybraliśmy wjazd do szkoły psów przy ul. Poznańskiej, między dzielnicami Chynów i Zawada. Cel tegoż postoju- to nocne zwiedzanie pomnika przy drodze. 

Idąc leśną drogą wzdłuż asfaltowej szosy przez jakieś 30 metrów, drogą do pomnika, nie byliśmy świadomi, że trwa tutaj polowanie, zresztą nic i nigdzie nie pisało. Szliśmy po ciemku, świecąc z rzadka latarką. Doszliśmy do stojącego przy asfaltowej ulicy Poznańskiej wysokiego na ok.10 metrów pomnika. 

Stoję przed pomnikiem i patrzę na odpadający cement z ozdobnego - niby to winogrona, które- jak żartowano- miały być symbolem "wielkich jaj" jakiegos dygnitarza sprzed lat który owe pomniki kazał budować przy wjeździe do miasta. Wtem- w moje oko błysnął czerwony promień lasera. Nie, nie pomyliłem się, i rozpoznałem to dobrze, bo było zupełnie ciemno i nic innego nie świeciło. Po lesie szliśmy wszak po ciemku. To był promień czerwonego światła od strony lasu, a byliśmy ok. 3,5 metra od skraju pobocza ulicy Poznańskiej. Na swoim nosie także dostrzegłem czerwone światło lasera. Skryłem się za pomnikiem. Wróciliśmy już inną drogą, poboczem ul. Poznańskiej, mimo tego że moi współtowarzysze dziwili się mojemu uporowi w wyborze spaceru szosą. 

Polowania na terenie miast, w nocy, w miejscu gdzie ktoś mógłby chcieć w środku nocy zatrzymać samochód i udać się na romantyczny spacer pełen widoków rodem z obrazów Caspara Davida Friedricha- to już przesada. Odebrali nam Państwo część wolności- wolności do spaceru w lesie na przykład wieczorem lub nocą, wolności do jeżdżenia po lesie szybko rowerem do downhillu (przy większej prędkości ktoś może nie dostrzec kartek z informacją o polowaniu, jeśli jeszcze je ktoś kto poluje- je rozlepia). 

To nie jest fajne gdy - kilka czy kilkanaście dni po wejściu nowego prawa w życie- udają się Państwo na spacer do lasu, z przestrachem widzą na swoim nosie czerwone światło lasera, a następnego dnia myślą z przestrachem- czy był to przypadek? A jeśli ten ktoś by strzelił? Czy ów myśliwy mierzący do was w środku nocy- cokolwiek widział? Czy w czerwonym świetle lasera rozpoznał że jesteście człowiekiem? Czy aby- miał dobry wzrok? A może uratowało was tylko to że natychmiast czmychnęliście za ów 10-metrowy betonowy pomnik pośrodku lasu miejskiego? A cóż, gdyby owego pomnika- tam nie było? Zastanawiacie się, czy aby- ktoś was może próbował zastrzelić celowo i specjalnie. Ale tą myśl odrzucacie- to byłoby trudne, ponieważ- stanęliście w przypadkowym miejscu, nagle, i jakby ktoś przejeżdżając, zatrzymał się w pobliżu aby was zastrzelić, to dostrzeglibyście to, bo trudno tak bezszelestnie nagle pojawić się w nocy w miejscu gdzie przypadkowo się zatrzymaliście. 

To nie jest miłe gdy ktoś do was mierzy z broni i widzicie w oku błysk laserowego światła, po czym -natychmiast chowacie się za postument. To wy, politycy- przecież- zmieniliście prawo i tego typu incydenty nie tylko są możliwe, ale po prostu mają miejsce i ja byłem tego ofiarą. 

Niechętnie zajmuję stanowisko w sprawie politycznej, jaką jest pozyskiwanie mięsa dzikożyjących zwierząt dla celów konsumpcji. Rzeczniczka organizacji osób zabijających dzikożyjące zwierzęta wyjaśniła wczoraj powody ich masowego zabijania. Wywołało to lawinę komentarzy, choćby takich że natura reguluje się sama, są na przykład wilki, które zabijają zwierzynę dziką, i nie muszą tego robić myśliwi. Jeden z komentarzy do wypowiedzi tej rzeczniczki amatorów dzikiego mięsa przytoczę, bo jest zabawny:

""U mnie w kuchni jest tylko dziczyzna" - mówi pani Diana Piotrkowska. Ten wywiad sprawił, że odrobinę zacząłem ją rozumieć. U mnie w kuchni od 25 lat również nie ma mięsa zwierząt hodowlanych (dodatkowo, nie ma również dziczyzny, ale to już mały pikuś). Stąd doskonale rozumiem problemy życia codziennego pani Piotrkowskiej. Jedzie na szkolenie - musi się dopytywać: "a czy ta zupa na pewno jest na dziczyźnie? nie ma w niej ani odrobiny mięsa z hodowli?". Czeka na dworcu na pociąg i chce zjeść zapiekankę: "przepraszam, czy na tej zapiekance nie ma na pewno ani odrobiny mięsa zwierząt hodowlanych?". W hotelu na śniadanie dostaje serek topiony: "przepraszam, czy szynka w tym serku na pewno jest z dzika?". Znam z autopsji to krążenie po różnych restauracjach na wakacjach: "dzień dobry, czy u Państwa są w menu jakieś smaczne dania ale bez mięsa zwierząt hodowlanych?". Dziecko głodne, a nawet w pizzerii nie mają dziczyzny ani białego mięsa z upolowanej kaczki. Można wozić ze sobą pojemniczek z jedzeniem i prosić o podgrzanie w mikrofalówce, ale patrzą na Ciebie jak na głupka. Nawet jak się wchodzi do cukierni, to trzeba się upewniać, czy ciasto przypadkiem nie galaretką zrobioną z żelatyny z hodowanych na wielkich fermach świń." (komentarz który cytuję jest anonimowy, bo autor wygłosił go prywatnie).

Adam Fularz, 25 stycznia 2018, godzina 22.57