Gazeta codzienna

Sztuka. Kultura. Nauka.

* * *
Merkuriusz Polski dzieje wszystkiego świata w sobie zamykający dla informacji pospolitej. Od 3 stycznia 1661.
sobota, 17 Listopad, 2018 - 04:24

Zabójstwo na rynku umierającego miasta Zielona Góra.

wt., 25/04/2017 - 23:53
Kategoria: 

Jest coś przerażającego w tej historii. Zdarzyła się ona w umierającym, wyludnionym mieście w zachodniej Polsce. W jedynym jeszcze czynnym lokalu w centrum miasta. Przechodziłem tamtędy - nie wiem na ile przed tym wydarzeniem. Może z godzinę, może 20 minut przed tym zajściem..... Oto mój opis:

Patrzcie- zawołałem- zupełnie pusto! Nie ma absolutnie nikogo! 

Istotnie, w sobotnią noc w przejściu pod filarami przy rynku w Zielonej Górze nie było absolutnie żywej duszy. W sobotnią, niezbyt chłodną noc- całe centrum miasta sprawiało wrażenie umarłego. Rynek, widziany spod filarów, był- jak długi i szeroki- całkowicie, zupełnie martwy. Nikt nie przechodził. Nie było kompletnie żywej duszy. Zupełnie nic się nie działo.

Krzyknąłem do A. "Zrób zdjęcie!". Chciałem, aby uwieczniła ten moment kompletnej pustki w sobotnią noc, w mieście w którym ongiś rynek w wiosenne sobotnie noce tętnił gwarem ludzkich rozmów. 

Grupą wyszliśmy z przejścia pod filarami. Na rogu coś się działo, przed drzwiami lokalu stało nieco ludzi, było to jedyne jeszcze czynne miejsce. 

Rozmawialiśmy w grupie o tajniakach i inwigilacji. Przechodząc koło zbankrutowanego, od dawna nieczynnego, ongiś kultowego klubu "4 róże dla Lucienne", opowiadałem, jak stałem tam jeszcze nie tak dawno z kolegą. Rozmawialiśmy o zamiarze palenia dżointów. Nagle stojący tuż obok nas ludzie- którzy na pewno słyszeli naszą rozmowę - wyciągnęli legitymacje. Zaczęli nas wówczas dokładnie, długo i skrupulatnie przeszukiwać. 

Wkrótce później- klub działający w owym wejściu gdzie miało miejsce owe przeszukanie - upadł. Ludzie już bali się przychodzić tam by wspólnie palić dżointy w palarni czy w wejściu. Klub ten działał odkąd byłem dzieckiem. 

Przechodząc przez rynek, opisywaliśmy też inne historie o inwigilacji, podsłuchiwaniu ludzi bezpośrednio na placach i ulicach tego miasta. Zastanawialiśmy się też, kto z naszego szerokiego grona sypał i donosił. 

Dlaczego opowiadam tą historię spaceru przez niemalże zupełnie wyludniony Rynek Staromiejski? Dłuższą chwilę później, może 20 czy 30 minut póżniej, może nieco później, kogoś na owym rynku zabito. Sprawa jest co najmniej dziwna (śmierć miała rzekomo nastąpić tylko od kopnięca w krocze, ale ofiara kopnięcia była po dwóch zawałach i miała wszczepiony rozrusznik serca). Całość zahacza też o jakieś aspekty polityczne. Więcej nie powiem.

25 kwietnia 2017 r.